05.08.2016

Zaburzenia odżywiania - moja historia część II

Dziś chcę się podzielić z Wami kolejną częścią mojej historii związanej z zaburzeniami odżywiania. Pierwsza część została opublikowana jakiś czas temu więc jeśli jeszcze nie mieliście okazji czytać, to zapraszam TUTAJ. Dziś będzie nieco drastyczniej, ponieważ dotarliśmy do najgorszego momentu choroby.

Jak już wspomniałam wcześniej, mniej więcej na początku roku 2012 waga pokazywała 36 kg, zaczęłam terapię i dostałam ultimatum - przytyję albo czeka mnie szpital. Ja jakoś specjalnego problemu nie widziałam. Jak twierdziłam - byłam zdrowa, więc co to za problem przytyć parę kilo. No... nie do końca, nie kiedy choroba dopadła Cię w swoje sidła. Musicie pamiętać, że anoreksja i wszelkie inne podobne choroby są przede wszystkim zaburzeniami na tle psychicznym, a zmiany wagi, wstręt do jedzenia, do siebie, depresja czy zmiany w zachowaniu to tylko skutki uboczne. Dopóki nie wyleczymy głowy nic się nie zmieni.
Każdy chory za pewne miał swoją metodę na wychodzenie z tego bagna. Ja, chcąc oczywiście mieć wszystko pod wieczną kontrolą, ustaliłam z mamą i psychologiem, że będę sobie układać jadłospisy na cały dzień i po akceptacji będę jeść to co wypisałam. W zasadzie pomysł był dobry i tak mniej więcej ostatecznie działałam, ale pierwsze kilka miesięcy było bardzo ciężkie. Po pierwsze, na początku uznałam, że w zupełności wystarczy mi kaloryczność 1600. Także liczyłam wszystko, dodając skrupulatnie każdy plasterek pomidora i liść sałaty, tak aby nie przekroczyć ustalonej (dużo za niskiej) granicy. Jak możecie się domyślić nie przytyłam nawet grama, a wręcz przeciwnie. Po kilku tygodniach zaczęłam co tydzień dodawać 50 kalorii (zwykle zwiększając ilość zjedzonego ketchupu czy warzyw) aż doszłam do 1800 i postanowiłam się zatrzymać. Powiedzmy, że była to okolica kwietnia i zbliżała się klasowa wycieczka do Krakowa. W mojej głowie był mętlik czy jechać czy nie, pewnie podobnie jak w głowach moich rodziców i nauczycieli. Ostatecznie pojechałam, przyrzekając że będę dużo jadła. No cóż, było jak było, jedzenie w stołówkach jest raczej słabe, każdy dojadał słodyczami, zakupionymi posiłkami i tym podobnymi, natomiast dziewczynie z anoreksją ubogość serwowanych dań po prostu odpowiadała. Po powrocie z wycieczki okazało się, że moja waga wynosi 33,5 kg. Tak, już niżej nie spadła. Śmiesznie, bo w tym momencie 33 kg z łatwością dźwigam w przysiadzie, więc wyobraźcie sobie jak ja wyglądałam i co się działo w moim organizmie. Ogólnie dramat. Moje kości były jak papier, mięśni nie było wcale, a narządy pewnie zaczynały być trawione. Nie było wyboru, pomimo ogromnego sprzeciwu, nakazano mi zwiększyć kaloryczność do 2000. Było lato, więc wyobraźcie sobie, jak taka wychudzona osoba wygląda w ubraniach odsłaniających ciało.





Te wakacje były chyba najgorszymi w moim życiu. W zasadzie bardzo ciężko jest mi przypomnieć sobie ten okres, bo dość dobrze wyparłam go z pamięci. Nic godnego zapamiętania też się nie działo - podczas kiedy moi siedemnastoletni znajomi czerpali z niepowtarzalnego okresu młodości, ja każdy dzień spędzałam wykonując określony schemat. Rano wstawałam, jadłam, szłam z psem na spacer, jadłam, siedziałam w ogródku, jadłam, grałam na komputerze, jadłam, szłam spać. Żadnych wyjść, spontaniczności, radości. Zamknęłam się w swoim świecie cyfr i tabelek, uzależniłam się od pór karmienia, planowania i schematyczności. Do dziś mam problemy z robieniem czegoś 'na spontanie'. Myślę, że jedną z przyczyn, która powoduje zaburzenia odżywiania jest strach przed życiem, odpowiedzialnością, podejmowaniem decyzji na temat przyszłości, samodzielnością. Doskonale pamiętam, jak trudno było mi podjąć kroki ku zdrowiu zwyczajnie dlatego, że bałam się tego momentu, gdy nikt nie będzie mnie już pilnował, gdy będę musiała uwolnić się od schematu, wyjść z domu i radzić sobie sama. Przerażało mnie to, wyjście ze strefy komfortu to chyba najtrudniejsza rzecz przed którą staje osoba po zaburzeniach. W każdym razie wakacje mijały, a moja waga stała w miejscu, gdzieś na 36 kg (z powrotem).


Wydaje mi się, że momentem przełomowym był dla mnie dzień, w którym usłyszałam, że nie mam już wyboru - od września pójdę do szpitala, a matury i tak w moim stanie nie dam rady zdać. Mój świat wtedy runął. Dotarło do mnie w końcu, co ja wyprawiam. Marnuję najlepsze lata życia, wegetuję jak roślina zamiast czerpać z życia garściami. Zawalę szkołę, przyszłość, wszystkich zawiodę, a zwłaszcza siebie. Poza tym wiedziałam, że jeśli wyląduję w psychiatryku, to moja wola walki zniknie kompletnie, a ja wpadnę w jeszcze gorsze bagno. Dlatego powiedziałam stanowcze nie, w jednej chwili wywaliłam ułożone na bezpieczne 2500 kalorii jadłospisy i w końcu uderzyłam w organizm konkretną dawką 4000 kalorii. Czułam, że w mojej głowie powoli coś się zmienia. Zaczęłam jeść między posiłkami, próbować nowych rzeczy. Bałam się znów żyć normalnie, ale wiedziałam, że muszę, że teraz albo nigdy. Poszłam do ostatniej klasy liceum, powoli otwierałam się na ludzi, na wyjścia, chciałam wrócić do normalności. Już nie straszne było mi zjedzenie posiłku pół godziny później, pozwalałam też mamie robić sobie obiady, czego wcześniej nie dopuszczałam. W końcu widziałam w lustrze swoje rzeczywiste, kościste odbicie, zrozumiałam, że jestem chora. Dzięki wsparciu bliskich i ogromnej motywacji, która na mnie spłynęła powoli wracałam do formy. W tym czasie odkryłam też blogi śniadaniowe i obiecałam sobie, że jak wyzdrowieję sama taki założę. Nagle pojawiła się wola bycia zdrowym i wolnym!


Pod koniec roku 2012 zakończyłam terapię. Może za wcześnie, ale do tej pory wydaje mi się, że niewiele mi dała. Niespecjalnie przykładałam się do tych sesji, do otwarcia się na psychologa, nie potrafiliśmy się zrozumieć, a zadania z terapii pozostawiałam nienaruszone. Ogólnie jakoś nie jestem zbyt zadowolona i uważam, że bez pomocy psychologa osiągnęłabym to samo. Dopóki sama nie chciałam wyzdrowieć nikt nie mógł mi pomóc. Być może z inną osobą pracowałaby mi się lepiej, ale nie jestem w stanie tego ocenić.
Ukoronowaniem mojej walki była styczniowa studniówka, gdzie w końcu nie wyglądałam jak szkielet i potrafiłam się dobrze bawić. Przestałam bać się alkoholu, nieliczonych kalorii, niezdrowego jedzenia. Trzecią klasę ukończyłam z bardzo dobrymi wynikami z matury i świadectwem z czerwonym paskiem. Przede mną były w końcu swobodne, długie wakacje, które spędziłam pracując, zwiedzając i imprezując ze znajomymi.
Otwierałam nowy etap, studia, z zupełnie czystą kartą.



 A o tym co działo się w czasie studiów przeczytacie w kolejnej części :)

2 komentarze:

  1. Roztrzepana Zabiegana5 sierpnia 2016 09:39

    Niesamowita historia. Wiedziałam, że tajkie zaburzenia zmieniają ludzi nie do poznania, zamykają ich i "sterują nimi", ale nie wiedziałam, że kuracja jest aż taka trudna... Gratuluję :D i życzę powodzenia dalej (pewnie choroba jeszcze nie raz zapuka do twoich drzwi).

    OdpowiedzUsuń
  2. Masz rację - sami sobie robimy krzywdę i tylko sami możemy to przerwać. Bardzo dobrze, że zaczęłaś dostrzegać, co sobie robisz, że miałaś wsparcie rodziny i zadbałaś o swoje zdrowie. Zdecydowanie zgadzam się ze zdaniem o strefie komfortu - ciężko jest z niej wyjść, bo ma się wtedy poczucie, że się nie ma wpływu, kontroli - a to jest chyba klucz zaburzeń odżywiania - posiadanie kontroli: nad ilością jedzenia, kalorii, ruchu, jakością jedzenia. Liczy się, żeby mieć kontrolę nad wagą, żeby nie przytyć. Trzeba całkowicie przemeblować swoją głowę - je się nie po to, żeby być chudym/grubym, tylko żeby odżywić organizm, dać mu to, co jest najlepsze.
    Mimo że nie cierpiałam nigdy na anoreksję ani bulimię, sama mam problem z pewnym takim wyjściem ze schematu.

    OdpowiedzUsuń

Dziękuję za wszystkie komentarze, są dla mnie dużą motywacją! :)