26.07.2016

Zaburzenia odżywiania - moja historia, cześć I

Jak obiecałam - chcę podzielić się z Wami moją historią. Nigdy jej w zasadzie nie opowiadałam nikomu, nigdy nie zebrałam tego w całość i pewne szczegóły na pewno są już zamazane. Ale mam nadzieję, że zainspiruję osoby zmagające się z tymi ciężkimi zaburzeniami do podjęcia walki, nie poddawania się i uwierzenia, że wyjście z tego jest możliwe i zależy tylko od nas. Postanowiłam podzielić wszystko na kilka części. Dziś opiszę początki choroby, w kolejnym poście jej przebieg, potem jak zaczęłam sobie z tym wszystkim radzić, jak wyglądał proces zdrowienia, później będzie kilka słów o kompulsach, jak obecnie wygląda moja sytuacja, odżywianie i aktywność fizyczna. Może z czasem jeszcze przyjdzie mi coś do głowy, a może Wy macie jakieś pytania?
Tymczasem, zacznijmy od początku.

Życie jest absolutnie nieprzewidywalne i potrafi mocno zaskoczyć. Przekonałam się o tym niejednokrotnie. Zastanawialiście się kiedyś jaką mają historię osoby mijane na ulicy? A może nawet nasi bliscy znajomi, o których być może wcale wszystkiego nie wiemy? Czy doświadczycie tego wszystkiego co doświadczyliście? Moja odpowiedź to zdecydowanie NIE. Nie sądziłam, że dziś będę w takiej sytuacji, w jakiej się znajduję, że moje życie tak się potoczy, że będę miała za sobą właśnie takie przeżycia, a już na pewno, że będę się zmagać z zaburzeniami odżywiania.
W zasadzie nic na to nie wskazywało i do dziś nie potrafię odpowiedzieć na pytanie dlaczego tak się stało i co było przyczyną mojej choroby. Na pewno każdy przypadek jest indywidualny i nie wierzę, że da się w tej kwestii generalizować - że trudne przeżycia, wpływ środowiska, kompleksy czy brak zainteresowania ze strony rodziny pcha osoby w objęcia choroby.
Ja w swoim życiu chyba nigdy nie miałam nadwagi. W pierwszej dekadzie mojego życia byłam patyczakiem i niejadkiem. Nigdy nie zapomnę przesiadywania po kilka godzin nad obiadem czy ciągłego namawiania mnie do jedzenia. Dla mnie mogły istnieć tylko naleśniki, frytki, ryż z cukrem i śmietaną, paluszki rybne i kilka innych "bardzo wartościowych" produktów. Moja młodsza cztery lata siostra zazwyczaj zjadała moje obiady, a ja jej zupki przecierane :D No ale to chyba normalne, że są dzieci które lubią jeść i wręcz przeciwnie.
Pod koniec podstawówki nabrałam już trochę ciałka, a w gimnazjum doszedł jeszcze ten straszny okres dojrzewania i moje ciało przechodziło kompletną przemianę.



Przyznam, że patyczakiem już nie byłam, ale nadal wyglądałam zupełnie normalnie. Gimnazjum to okres kiedy nie za dobrze się czułam we własnym ciele, moim wielkim kompleksem był mój niewielki wzrost i w zasadzie to mi najbardziej przeszkadzało, nie pamiętam żebym specjalną uwagę przywiązywała do wagi. Moje nawyki żywieniowe też uległy zmianie, nie powiem, że na lepsze. Jako, że rodzice już mi śniadań nie przygotowywali to często zdarzało się, że wychodziłam do szkoły nic nie jedząc. Potem na przerwie kupowałam sobie wielkiego rogala z czekoladą albo słodycze, pizzerinki czy inne badziewie. Po powrocie do domu jadłam normalny obiad, pewnie jakieś słodycze i kolację, ot przeciętne żywienie nastolatka. Sportu zażywałam tyle co na wfie, czyli raczej nie za dużo, ale jakoś nie interesowało mnie to w tamtym czasie.


Wydaje mi się, że pierwsze symptomy i kroki ku anoreksji pojawiły się pod koniec gimnazjum lub na początku liceum. W szkole średniej na pewno bardzo pogorszyły się moje relacje z rodzicami. Warto podkreślić, że od małego mam trudny charakter, jestem bardzo zamknięta, mam problemy z nawiązywaniem relacji, jestem raczej nieśmiała i nieufna. Dlatego też przez pierwsze 9 lat nauki miałam w zasadzie dwie bliskie koleżanki i niespecjalnie bujne życie towarzyskie. Zawsze byłam samodzielna i introwertyczna - bardzo rzadko opowiadałam rodzicom co w szkole, prawie nigdy nie prosiłam o pomoc w pracy domowej, czy o radę w jakiejś kwestii, uważałam, że powinnam sobie sama radzić i w sumie nie przeszkadzało mi to. Nigdy się nikomu nie zwierzałam z jakiś problemów, nigdy nie mówiłam co czuję, co chcę, co mi przeszkadza, często nawet nie mówiłam, że boli mnie gardło czy mam gorączkę. Już od najmłodszych lat po kłótni z rodzicami pisałam do nich listy, że pewnie tak naprawdę mnie nie kochają i chcieliby mieć tylko jedną córkę. Patologia :) Poza tym nigdy jakoś niekochana się nie czułam. Uważam, że rodzice zapewnili mi wszystko do dobrego rozwoju, przekazali wszelkie wartości, robili co mogli bym miała to czego potrzebowałam, dzięki nim zwiedziłam wiele miejsc, dużo się nauczyłam i jestem im bardzo wdzięczna. Nie wiem, może to zamknięcie w sobie ma jakiś wpływ na to co się wydarzyło. Może gdybym umiała powiedzieć na głos o własnych uczuciach, gdybym rozmawiała z rodzicami o problemach to byłoby inaczej, nie wiem. Przyznam, że było mi smutno, że moje koleżanki przeżywały jakieś pierwsze miłości, a na mnie nikt nigdy uwagi nie zwrócił, nawet bałam się odezwać do jakiegokolwiek chłopaka. Szczerze mówiąc uważałam, że raczej odrzuca ich mój wygląd i nie mam żadnych szans więc nawet nie próbowałam.
W każdym razie poszłam do liceum. Z tego co pamiętam mój pomysł z odchudzaniem zrodził się na początku pierwszej klasy. Postanowiłam porzucić słodycze, jeść lepiej i przy okazji zrzucić parę kilo. Na początku nic groźnego to nie zapowiadało. Do czasu. Odkopałam rowerek stacjonarny i zaczęłam na nim jeździć około godziny, po czym robić standardowe tysiące brzuszków. Jadłam jeszcze w miarę normalnie i przyznam, że na wakacje byłam w niezłej formie.


Ale nie poprzestawałam na tym. Normalnie pieczywo zastąpiłam chlebkiem wasa - dwie kromeczki na śniadanie plus jakaś wędlina. Kolacja to był zazwyczaj jogurt owocowy ze sklepową granolą, co wkrótce także uległo zmianie. Gdzieś na jesień 2011 roku zaczęłam tracić zdrowy rozsądek. Śniadanie z tych nieszczęsnych chlebków ewoluowało w jogurt light z dwoma łyżkami granoli, a następnie w udawanie że zjadłam cokolwiek. W szkole nie jadłam nic, po powrocie do domu coraz mniejsze porcje obiadów (ograniczając oczywiście ziemniaki, kasze czy ryż), następnie pedałowałam na rowerku, robiłam brzuszki i jadłam jogurt naturalny z płatkami fitness lub jabłko. Z czasem miałam coraz większą obawę, że jak będę siedzieć w miejscu i nic nie robić to będzie odkładać mi się tłuszcz więc starałam się być non stop w ruchu. Wychodząc do koleżanek nic nie jadłam, a w domu mówiłam, że już jestem po obiedzie. Czytałam wszelkie pseudo porady w internecie, nie jadłam nic tłustego, słodkiego, nie jadłam pieczywa. Zaczęłam zapisywać co zjadłam danego dnia kolejnego pilnując by było mniej. Obsesyjnie się ważyłam rano i wieczorem. Pamiętam, że nawet podczas wigilii wychodziłam do łazienki się zważyć żeby zobaczyć czy to co skubnęłam nie wpłynie negatywnie na moją wagę. Co śmieszne, nigdy nie przyszło mi do głowy, że mam anoreksję - wiedziałam, że to straszna choroba, umiałam poznać ją po innych osobach, krytykowałam blogi pro-ana i sama nigdy żadnego nie czytałam, ale nigdy nie pomyślałam, że może to mnie dotyczyć. Oczywiście moją głowę zaprzątały w zasadzie tylko kalorie i waga. Nie jadłam prawie nic, ale jak to chora osoba, przyglądałam się i analizowałam wszystko co jedzą inni. W tym czasie także moja siostra dość mocno schudła i rodzice mocno zaangażowali się w pilnowanie jej, więc można powiedzieć że miałam swobodę. Do czasu. Wiadomo, że na głodówce waga leci jak szalona. Wkrótce nie dało się nie zauważyć, że coś jest nie tak.
Przyszedł rok 2012, coraz częściej słyszałam, że bardzo schudłam, podejrzewam, że nauczyciele także zwracali rodzicom uwagę. Pewnego dnia mama kazała mi wejść na wagę która pokazała 38 kilo i od tego czasu moja swoboda skończyła się na długo. Przez chwilę jeszcze rodzice mieli nadzieję, że to chwilowy wybryk, i próbowali przemówić mi do rozsądku, ale to nie było możliwe. Pamiętam, że nie potrafiłam się zmusić do zjedzenia POŁOWY kostki czekolady - w głowie miałam tylko kalorie, że to niezdrowe i absolutnie nie mogę tego zjeść. Teraz nie potrafię sobie tego wyobrazić, ale autentycznie tak było. Ostatecznie zostałam umówiona do psychiatry, cudem uniknęłam pobytu w szpitalu, tylko dlatego że mama jest ze służby zdrowia i przekonała lekarza, że spróbuje poradzić sobie sama. Dostałam psychotropy, których ostatecznie nie brałam, skierowanie do psychologa, kategoryczny zakaz wszelkiej aktywności fizycznej i polecenie żeby zacząć jeść albo skończę w psychiatryku.
Zbliżała się wiosna, waga pokazywała 36 kg (nie była jeszcze najniższa), wyglądałam jak kościotrup, a mama zaczęła wstawać w nocy żeby sprawdzić czy jeszcze nie wysiadło mi serce. Oczywiście do mnie nic nie docierało, nie potrafiłam zaakceptować zakazu ćwiczeń, nie dawałam się kontrolować, nie widziałam u siebie żadnych oznak anoreksji. I tkwiłam w tym po uszy.
Ale o tym w kolejnym poście :)

15 komentarzy:

  1. Pomimo, że interesuję się zdrowym trybem życia, jedzeniem i parokrotnie czytałam teksty o anoreksji. To Twoja opowieść mnie najbardziej poruszyła. Mam nadzieję, że teraz już jest w porządku, i że dziewczyny, które zaczynają się "zdrowo odżywiać" trafią na ten tekst.

    OdpowiedzUsuń
  2. W zasadzie trudno mi to skomentować. Sama to przeżyłam. Najgorsze jest to, że to jest jak nałóg, obsesja. Zachowujesz się jakbyś była pod wpływem jakiś środków odurzających.. Widząc wagę trzydziestu paru kilo ja naprawdę uważałam, że wyglądam normalnie.. Trzymaj się.

    OdpowiedzUsuń
  3. 36 kg i dalej chudłaś? :( To straszna i podstępna choroba. Dobrze, że o niej się mówi. Oby to niektórym otworzyło oczy na skutki 'niewinnego' odchudzania. Nie jest ciężko o tym pisać? Walcz, walcz kochana :)

    OdpowiedzUsuń
  4. Już nie ciężko, patrz na to po prostu jak na przykra przeszłość, która mnie wiele nauczyła :)

    OdpowiedzUsuń
  5. Dokładnie, zgadzam się. Wszystkiego dobrego :*

    OdpowiedzUsuń
  6. Teraz jestem dużo madrzejsza i zdecydowanie daleko mi do tego co było :) jeszcze będę o tym pisać.

    OdpowiedzUsuń
  7. Jak czytam Twoją historię, to widzę, że również miałam podobne zachowania - ograniczanie jedzenia do minimum, zwłaszcza węglowodanów. Chlebki Wasa. Dwie cząstki grapefruita na drugie śniadanie. Bycie non stop w ruchu. Ważenie się w trakcie Wigilii, na której i tak miałam "swoje" jedzenie (bez majonezu, śmietany, oleju...). Analizowanie jedzenia innych. Myślenie o kaloriach. Ignorowanie zakazu ćwiczenia. Tyle tylko, że ja od zawsze byłam otyła - więc nigdy nie zeszłam niżej niż 54 kg. Teraz przytyłam, ważę koło 60 kg, ale w końcu moje zdrowotne problemy zaczynają się prostować. Zresztą, o skutkach zdrowotnych diety ubogokalorycznej pisałam u siebie na blogu - https://healthy-cottage.blogspot.com/2016/06/o-dietach-1000-kcal-czyli-dlaczego.html .

    Przede wszystkim cieszę się, że z tego wyszłaś i że masz siłę dzielić się swoimi przykrymi doświadczeniami z innymi. Zdrowe odżywianie, ruch - okej. Ale zdrowy styl życia to także zdrowie psychiczne, nie można popadać w paranoję. Nie można robić sobie krzywdy w imię chudej sylwetki czy sześciopaku. Myślę, że w takich zachowaniach - a na pewno u mnie - przejawia się brak samoakceptacji... Chęć sprostania ideałom, którym nigdy się nie sprosta.
    Jestem ciekawa Twoich dalszych

    OdpowiedzUsuń
  8. Agnieszka Pałamarz26 lipca 2016 18:27

    Jeju kruszynko... Ja od czasu gdy zachorowałam i wyzdrowiałam (powiedzmy na tyle by w końcu postrzegać anoreksję jako problem) często patrze ludziom na ulicy w oczy i zastanawiam się co przeszli. Jesteśmy anonimowi w tłumie a może okazać się, że ktoś obok miał ten sam lub gorszy problem niż ja. Czekam na kolejny post, mam nadzieję, że w ostatnim znajdę jakąś konkluzję na temat tego - jak żyć n o r m a l n i e. Bo mimo, że minęły 3 lata nadal mam problem z metabolizmem i odżywianiem... Pozdrawiam :) (p.s masz prześliczny kolor włosów!)

    OdpowiedzUsuń
  9. ja też mam problemy, głównie z trawieniem, jelitami, prawdopodobnie insulioopornością... ale teraz dopiero uświadamiam sobie jak ważne jest zdrowie i dbanie o siebie. trzymaj się :*

    OdpowiedzUsuń
  10. Klaudia Majtczak26 lipca 2016 21:14

    Rozumiem każde słowo, sama przeszłam przez to samo i też zastanawiam się, nad opublikowaniem tej historii. Tak w ramach zamknięcia tego rozdziału. Jesteś naprawdę bardzo dzielna, trzymam za Ciebie kciuki, podziwiam niesamowicie i czekam na kolejną część :)

    OdpowiedzUsuń
  11. Myślę, że to zamknięcie się w sobie i tłumienie bólu wewnątrz mogło mieć duże znaczenie...
    A co do fragmentu 'mam trudny charakter, jestem bardzo zamknięta, mam problemy z nawiązywaniem relacji, jestem raczej nieśmiała i nieufna' - dalej aktualny czyli, nic się raczej nie zmieniło? ;)

    OdpowiedzUsuń
  12. WyrafinowaANA27 lipca 2016 00:32

    Napisałaś, że ważyłaś mniej niż 36 kg i że jesteś niskiego wzrostu.
    A można wiedzieć ile dokładnie?
    Bo ja ważyłam najmniej 37 kg ale mam wzrostu 176 cm i moje BMI było koszmarne...

    OdpowiedzUsuń
  13. dziękuję bardzo i wzajemnie :*

    OdpowiedzUsuń
  14. co do nieufna to tak,ale z resztą już jest lepiej, dużo się zmieniło jak poszłam na studia :)

    OdpowiedzUsuń

Dziękuję za wszystkie komentarze, są dla mnie dużą motywacją! :)