07.05.2014

466. Sopot- Wiedeń 2014



Maślane bułeczki z masłem, prosto z wiedeńskiego lotniska, twarożek grani z malinami i cynamonem, kawa marcepanowa



Jestem, wróciłam, żyję! Bułki jechały ze mną 900 km i nadal są dobre. Jem i wspominam, jest co. 2000 km niezapomnianych przeżyć. Powrót do domu z odciskami na stopach, czerwonym nosem, plecakiem pełnym brudnych ubrań i głową pełną niesamowitych przeżyć. Nie żałuję ani chwili i choć nie dotarliśmy do mety w Piranie to i tak podróż zaliczam do udanych, niecodziennych i ekscytujących (;
Nie lubię tworzyć długich notek, rozpisywać się, bo i tak nie przekażę Wam nawet w ułamku tego, co przeżyliśmy. Zdjęć mam mało (następnym razem aparat biorę koniecznie), ale myślę, że taka namiastka wystarczy. Trzeba samemu spróbować żeby wiedzieć o czym piszę.
Zaczynamy...

Lublin- Sopot, pierwszy raz jechałam pociągiem.

Była nawet próba nauki do kolokwium (;

Nasza wyprawka

Tuż przed wyjściem- jeszcze świeżutcy i pachnący.

Dobry napis to podstawa! Pisany w autobusie, w którym też nawiązaliśmy pierwsze znajomości z innymi autostopowiczami



Sopot. Masa pozytywnie zakręconych ludzi!

Drużyna 51 do boju!

Słit focia z rąsi przed startem.

I poszli!

Ostatnie żarcie przed wyjazdem na wylotówkę.

Środek autostrady, leje jak z cebra, ja jako Quasimodo. Przyznam, to była chwila kryzysu. Pierwsze godziny, łapaliśmy dopiero drugiego stopa. Przemokliśmy cali. I tu mieliśmy szczęście w nieszczęściu- udało mi się zatrzymać niesamowitych Państwa B. z Bydgoszczy, którzy nie tylko nas podwieźli, ale także zaproponowali nocleg, wysuszyli, nakarmili, dali miejsce do spania i wyposażyli na dalszą drogę.

Tu- już sucha, w oczekiwaniu na racuchy :D

Jak dawno nie jadłam racuchów z jabłkami! I to jeszcze nie robionych przez siebie.

A rano było śniadanie.

I w dalszą drogę. 
Inowrocław- dostaliśmy batoniki od pana na przystanku (:



Drugiego dnia wieczorem przekroczyliśmy granicę Czech. Przed nami była nocka w namiocie, koło stacji widmo, w pełnym deszczu. Obudziło nas pianie koguta o 5 rano. Skąd kogut na stacji benzynowej?

Pierwsze moje podróże tirem- i szczerze przyznam, że mi się bardzo podoba!

Dzień numer 3 i kolejna ulewa. Tym razem przeczekujemy w czeskim Tesco.

Wyszło słońce, szczęście się uśmiechnęło i kierowca czeskiego tira dowiózł nas do granicy z Austrią...

Po drodze kupił nam czeskie piwo...


I piliśmy turecki caj.


Obiad na stacji :D bułki, konserwy, rosół z paczki- niebo w gębie i to dosłownie (:

BO CZESKI TO ŚMIESZNY JĘZYK!


 Do Wiednia dotarliśmy na wieczór w sobotę. I postanowiliśmy tutaj zakończyć naszą wycieczkę, bo nie dalibyśmy rady, bardzo ciężko było złapać coś dalej, a czas naglił. Tu też przeżyłam najdziwniejszą i jedną z najdłuższych nocy w życiu. Byłam tak padnięta, że nie do końca wiem, co się rzeczywiście działo. Na pewno zrobiliśmy sobie długi spacer wzdłuż głównej ulicy. Na pewno zwiedziliśmy McDonaldy, spotkaliśmy grupę autostopowiczów z Polski. Na pewno zjeździliśmy przez pół nocy cały Wiedeń metrem na gapę. Mogę już jechać w ciemno na każdą stację, serio :D Desperacko szukaliśmy miejsca do rozbicia namiotu, natknęliśmy się na masę dziwnych ludzi, drzemaliśmy na dworcu, a o świcie jakimś cudem wydostaliśmy się pociągiem na lotnisko i drogę wylotową z miasta.

Tam kierowca wywiózł nas do Bratysławy, na Słowacji.

Ten kraj przywitał nas mandatem za jechanie bez biletu i piękną pogodą.
Było też pobieżne zwiedzanie.

I wyjechaliśmy na stację, na drodze do Polski. Tutaj pół dnia spędziliśmy na błogim lenistwie, korzystając z pierwszych od dawna promieni słońca. Wiatr wiał niesamowicie mocno więc schowaliśmy się za stacją. Korzystając z chwili czasu udało nam się umyć i trochę ogarnąć.




 Ze stacji wydostaliśmy się o 4 nad ranem w poniedziałek- z Jankiem, kierowcą polskiego tira.

Dotarliśmy do Krakowa i na 23 wróciliśmy do Lublina.



Dobrze było w końcu wziąć prysznic i wyspać w łóżku. Śniadanie bez wiatru smagającego Ci twarz, przy stole, a nie na karimacie to prawdziwy luksus. 
Ale wiecie co? Po cichu już mi się marzy kolejna podróż. Nie lubię powrotów. Szykuje się ciężki miesiąc, ale trzeba wytrzymać. W końcu tyle miejsc jest jeszcze do odwiedzenia!


 A tymczasem pozostają wspomnienia...
Mimo braku nagród dla siebie jestem zwycięzcą!

16 komentarzy:

  1. o matko, ale zazdroszczę takich przygód! i podziwiam zarazem :)

    OdpowiedzUsuń
  2. Dobrze że jesteś cała i zdrowa.Pozdrawiam:)

    OdpowiedzUsuń
  3. następnym razem piszę się na coś takiego! :)

    OdpowiedzUsuń
  4. wow, podziwiam Cię..Was! świetna przygoda :) tak przyjemnie ogląda się te migawki, super sprawa, dla nieco szalonych ludzi :D sama bym spróbowała, gdyby była okazja!
    nie ma to jak w domu- witaj z powrotem! podkradłabym Ci te pyszne wiedeńskie bułeczki *-* :D

    OdpowiedzUsuń
  5. dumna jestem przeogromnie, że się udało, że mimo wszystkim głosom sprzeciwu nie zrezygnowałaś. i że się spodobało i złapałaś tego bakcyla też jestem dumna!

    OdpowiedzUsuń
  6. Niesamowita przygoda , ta relację oglądałam i czytałam z niesamowitym zaciekawieniem !

    OdpowiedzUsuń
  7. dla mnie tez jestes zwyciezca! podziwiam!

    OdpowiedzUsuń
  8. Ale cudownie! Zazdroszcze!

    OdpowiedzUsuń
  9. Świetna fotorelacja! Nie masz pojęcia jak zazdroszczę Ci tak wspaniałej podróży :)

    OdpowiedzUsuń
  10. Gratuluję Ci ogromnie. Wspaniała podróż. Przeglądając te wszystkie zdjęcia doszłam do wniosku, że chcę podróżować. Zawsze chciałam, ale samolotem. A prawdziwe przygody, które zostają najdłużej w pamięci są właśnie na tego typu wyprawach. Zazdroszczę bardzo ! :D

    OdpowiedzUsuń
  11. Łaaaaał, gratuluję Ci z całego serducha! To musiało być ogromne przeżycie :) Super, że się na to odważyłaś!

    OdpowiedzUsuń
  12. niesamowite przeżycie! Życzę takich więcej ;)
    a tak na marginesie jakiej firmy jadasz ten twarożek grani że jest tak mega gęsty? <3

    OdpowiedzUsuń
  13. Jej, ale musiało być fajnie! :D Lubię takie przygody z dreszczykiem emocji :D Widzę, że pewnie będzie następny raz, czyli musiało być świetnie :) Mimo wszystko :)

    OdpowiedzUsuń
  14. Brak mi słów! Strasznie Ci zazdroszczę tej podróży i bardzo podziwam za odwagę! Gratuluję Ci wytrwałości i no cóż...pozostają wspaniałe wspomnienia na całe życie, super :-D

    OdpowiedzUsuń

Dziękuję za wszystkie komentarze, są dla mnie dużą motywacją! :)