09.04.2017

Zaburzenia odżywinia - moja historia część III

Witam po dłuższej przerwie! Jakoś pomimo chęci, brakowało mi motywacji aby usiąść i podzielić się z Wami dalszą częścią mojej historii. Jednak dziś postanowiłam w końcu wziąć się w garść i znów do Was napisać, głównie dlatego, że mam nadzieję, iż moje słowa i przeżycia pomogą choć jednej osobie która zmaga się z zaburzeniami lub jest o krok od nich.

W poprzednich postach pisałam o moich zmaganiach z anoreksją, jeśli jeszcze nie czytaliście zapraszam TUTAJ oraz TUTAJ. Urwałam w momencie gdy powoli wychodziłam na prostą. Skończyłam liceum z bardzo dobrym wynikiem, przeżyłam fantastyczne wakacje, popracowałam, dostałam się na studia i założyłam bloga :)

W zasadzie przez pierwszy rok na uczelni prowadziłam totalnie luźne i zdrowe życie studenckie. Wspomnienia o chorobie odkładałam w najdalsze zakątki głowy, odżywiałam się prawidłowo, ćwiczyłam, ale zupełnie rozsądnie, bawiłam się, imprezowałam, poznawałam ludzi, wyjeżdżałam, weszłam w związek i po prostu korzystałam z życia. Każdy kto przeżył to co ja nawet nie spodziewałby się tak zwyczajnego powrotu do normalności, skoku z samego dna na sam szczyt radości z życia i czerpania garściami. Jedynie co pozostało po tamtych czasach to fatalna sytuacja w domu między mną a rodzicami. Ale mimo wszystko wspominam ten okres bardzo  pozytywnie.

Wszystko zaczęło się pomału sypać pod koniec wakacji i na początku drugiego roku studiów.  Po pierwsze uzmysłowiłam sobie że w sumie kierunek który wybrałam zupełnie mnie nie interesuje i jest zwyczajnie bezsensowny, ale z drugiej strony nie chciałam rezygnować, bo nie miałam na siebie innego pomysłu no i dostałam stypendium :P Po drugie sytuacja w domu, która codziennie napędzała spiralę stresu, agresji i nerwów. Po trzecie mój związek się rozpadł, co mnie bardzo przybiło, choć nie dawałam po sobie tego poznać. Musicie wiedzieć, co już z resztą pisałam, że wtedy miałam złe podejście - uzależniałam swoje życie od drugiej osoby, poświęcałam i oddawałam się dla niej w zupełności, nie miałam swojej pasji i nie stawiałam siebie na pierwszym miejscu. Wyobraźcie więc sobie, że nagle osoba od której byliście po części uzależnieni, która Was motywowała i zajmowała większość czasu znika z waszego życia. Pewnie wielu z Was machnęłoby na to ręką i prędzej czy później ruszyło dalej, ale moje doświadczenie z zaburzeniami, charakter, brak pewności siebie i poczucia własnej wartości oraz czynniki które wymieniłam wcześniej poskutkowały tym, że odcięłam się od ludzi, nie miałam ochoty wychodzić nigdzie, robić czegokolwiek i w sumie czułam ogólny bezsens. Suma sumarum, pod koniec wakacji zaczęły się moje problemy z kompulsywnym objadaniem, które na pewno wiązały się z tym co przeżywałam. Zajadałam stres, poczucie samotności, brak wiary w siebie, brak zainteresowań, kłótnie w domu, strach przed wzięciem życie w swoje ręce, jadłam z nudów, nie myśląc, a potem mając wyrzuty sumienia. Wykorzystywałam każdą chwilę gdy zostawałam sama w domu, do tego aby opróżniać moje zapasy słodyczy, zagryzać je zawartością lodówki, chlebem i w sumie wszystkim co było jadalne. Pochłaniałam tysiące kalorii, a co najważniejsze potem czułam się jeszcze gorzej. Jedzenie dawało mi chwilę na zapomnienie, ale potem poczucie porażki i wstydu uderzało z dwukrotną siłą. Nie potrafiłam nad tym zapanować. Często posługiwałam się byle wymówkami żeby zostać w domu i jeść. Znów odcięłam się od znajomych, nie miałam ochoty na spotkania. W moim przypadku takie dni objadania nie były codziennie, miałam przerwy kilkudniowe, ale nie udawało mi się powstrzymać tego na dłużej. Jeśli tylko coś mnie stresowało to zamiast zmierzyć się z problemem wolałam tonąć w zjadanych kaloriach. Oczywiście niejednokrotnie podejmowałam próby walki z tym zaburzeniem, ale chyba brakowało mi motywacji, nie wiedziałam jak się za to zabrać. Nie pomagało zapisywanie tego co zjadłam, pogarszające się odbicie w lustrze, złe samopoczucie, próby przemawiania do rozsądku, wyrzucania słodyczy, układanie coraz to nowych planów zmiany, blog, Instagram, no zupełnie nic.

I pewnie by to tak trwało w nieskończoność, ale traf chciał, że pewnego dnia października zmotywowałam się do pójścia na imprezę na której poznałam mojego obecnego chłopaka. Myślę, że był to jeden z kluczowych czynników, który jakoś na mnie wpłynął - po pierwsze - znalazłam osobę, na której zaczęło mi zależeć i która również zainteresowała się mną; po drugie cały czas w głowie mi siedziało, że czas się ogarnąć, bo raczej nikt nie chce wiązać się z osobą  z zaburzeniami i pochłaniającą połowę lodówki co drugi dzień; po trzecie - Kacper mieszkał w Krakowie więc już same wyjazdy do niego odwracały moją uwagę od jedzenia (bo przecież nie będę go objadać :D ); po czwarte - w Krakowie mogłam oderwać się od złej atmosfery w domu, zażywać normalnego życia studenckiego, nie czułam że coś muszę, nie byłam w ciągłym stresie, nie siedziałam sama ze swoimi myślami, tylko ciągle byłam z kimś, coś robiłam. To chyba okazało się kluczem do walki z kompulsami. Przestałam dopuszczać do sytuacji gdy zostawałam sama w domu. Zaczęłam częściej wychodzić, jeździłam do Krakowa, odciągałam swoje myśli od problemów i jedzenia. Zapisałam się na siłownię i to był kolejny strzał w dziesiątkę, bo odkryłam coś co mnie doszczętnie wciągnęło. Zaczęłam czytać o treningach siłowych, dietetyce, psychologii i stopniowo odkrywałam co mnie interesuje. Zmieniałam sposób odżywiania, pilnowałam się, ćwiczyłam. Przeczytałam książkę "Brain over binge", którą polecam każdej osobie borykającej się z tym problemem. Powoli, powoli udało mi się pokonać objadanie. Wydaje mi się że w ostatniej chwili. Wszystko w sumie trwało conajmniej półtora roku - od momentu kiedy zaczęłam się objadać do czasu gdy pokonałam to całkowicie. W tym czasie przytyłam dziesięć kilo i na pewno część problemów zdrowotnych z którymi dziś się borykam wynika z tego okresu.


Powiem Wam, że gdybym nie wzięła się w garść to chyba nigdy nie osiągnęłabym tego co mam teraz. Zaburzenia zamykają na cały świat, wtedy jesteś tylko Ty i one, nie myślisz o niczym innym. Jak tylko udało mi się z tego wyjść od razu miałam motywację do zmiany swojego życia. Skończyłam te mało satysfakcjonujące mnie studia, przeprowadziłam się do Krakowa, zrobiłam kurs trenera, szkolenia, podjęłam pracę, kolejne studia (czego w sumie żałuję :P) i zaczynam pracę z ludźmi. Nigdy w życiu borykając się z problemem z jedzeniem nie wyobrażałam sobie że zrobię jakąkolwiek z tych rzeczy. Jasne, że ciągle moje podejście nie jest do końca zdrowe, że nadal walczę z pewnymi rzeczami, że nie jestem jak większość społeczeństwa, ale pracuję nad tym. Wiem, że moje doświadczenie może być pomocą dla innych i chcę to robić. Teraz moim priorytetem jest zdrowie, które pokaleczyłam przez te wszystkie lata, chcę poświęcić czas na jego naprawę, a wiadomo, że w naszych realiach to wcale nie jest takie proste. Po drugie chcę się rozwijać jako trener personalny, kształcić się z dietetyki, cały czas uczyć by pomagać i innym i sobie. Chcę się uczyć stawiać siebie na pierwszym miejscu, spełniać się i być szczęśliwym człowiekiem, niezależnym od widzimisię innych. Pewnie, nie jest to łatwe, zwłaszcza, że często brakuje mi motywacji, czasu, siły i pomysłu, ale wierzę, że mi się uda :)
Myślę nad kolejnymi postami w tej tematyce, jeśli mielibyście jakieś przemyślenia, pytania, pomysły - wszystkie chętnie wysłucham i odpowiem.